Piosenka Fontanny _CMN_PDF_ALT Print _CMN_EMAIL_ALT
¶roda, 05 marzec 2008

 

  Piosenka Fontanny

Anija Miłuńska

O tym, jak Dziewczynka dowiedziaÅ‚a siÄ™, w jaki sposób duże maleje.

 

MaÅ‚a Dziewczynka szÅ‚a tam, gdzie prowadziÅ‚y jÄ… Drzewa. SzÅ‚a raźnym krokiem, chociaż Drzewa wcale jej nie poganiaÅ‚y, szÅ‚a podskakujÄ…c i taÅ„czÄ…c, bo jej maÅ‚e nóżki straciÅ‚y już całą cierpliwość i nie chciaÅ‚y czekać dÅ‚użej. Drzewa też siÄ™ cieszyÅ‚y, że mogÄ… wreszcie rozprostować ramiona zdrÄ™twiaÅ‚e od mrozu i zimowych przeciÄ…gów. WystawiaÅ‚y je ku sÅ‚oÅ„cu, wygrzewaÅ‚y w jego promieniach stare, obolaÅ‚e koÅ›ci, leczyÅ‚y reumatyzm i cierpliwie czekaÅ‚y. Nie musiaÅ‚y siÄ™ niepokoić, bo wiedziaÅ‚y, że ptaki sÄ… już w drodze, już bliziutko, tuż, tuż. Jeszcze tylko kilka dni i zacznie siÄ™ caÅ‚e to wiosenne szaleÅ„stwo: Å‚opotanie i furkotanie, Å›wiergoty i piski, Å›piewy i nawoÅ‚ywania. CaÅ‚e to fruwanie tam i sam, skakanie po konarach i potrÄ…canie gałązek, nie mówiÄ…c już o nieustannym dziobaniu i wyskubywaniu. A ileż to trzeba bÄ™dzie siÄ™ napracować, żeby wykarmić wszystkie liÅ›cie, żeby zaspokoić ich niepohamowany apetyt! Nawet ptasie pisklÄ™ta robiÄ… od czasu do czasu przerwÄ™ w roÅ›niÄ™ciu, a taki liść nawet na chwilÄ™ nie chce przestać. Chociaż, trzeba mu przyznać, że roÅ›nie taktownie i z wyczuciem, wrÄ™cz niezauważalnie, nie robiÄ…c przy tym zbytecznego haÅ‚asu. Bo czyż trzeba od razu obwieszczać caÅ‚emu Å›wiatu swoje istnienie wrzeszczÄ…c przy tym wniebogÅ‚osy?

  Dziewczynka uÅ›miechaÅ‚a siÄ™ sama do siebie sÅ‚yszÄ…c, jak Drzewa zrzÄ™dzÄ… i marudzÄ…, żeby nikt nie domyÅ›liÅ‚ siÄ™, jak bardzo stÄ™skniÅ‚y siÄ™ już za ptakami i „caÅ‚ym tym wiosennym zamieszaniem”. Dziewczynka uÅ›miechaÅ‚a siÄ™ idÄ…c, bo nie chciaÅ‚o jej siÄ™ zatrzymywać – tyle byÅ‚o wszÄ™dzie wolnego miejsca do chodzenia, do skakania i taÅ„czenia, tyle miejsca, odkÄ…d sÅ‚oÅ„ce rozpuÅ›ciÅ‚o resztki Å›niegu odsÅ‚aniajÄ…c nagÄ…, niczym jeszcze nie przykrytÄ… ziemiÄ™.


Ziemia pachniaÅ‚a ziemiÄ…. Ziemia pachniaÅ‚a sobÄ…, bo nie miaÅ‚a jeszcze niczego innego, oprócz siebie samej. Dziewczynka nie znaÅ‚a zapachu równie mocnego i równie piÄ™knego. Przez caÅ‚y rok czekaÅ‚a na te kilka dni, na ten czas pomiÄ™dzy, kiedy wiosna jeszcze siÄ™ nie zaczęła, a zima już skoÅ„czyÅ‚a, na ten krótki czas wielkiego spokoju przed wielkim haÅ‚asem. Tak, Drzewa miaÅ‚y racjÄ™, to siÄ™ już niedÅ‚ugo zacznie. Chociaż... kiedy tak szÅ‚a, a jej stopy dotykaÅ‚y nagiej ziemi, mogÅ‚a poczuć, jak coÅ› tam w Å›rodku siÄ™ porusza, jak coÅ› powoli, ale uparcie prze do góry.

A wiÄ™c to już siÄ™ zaczęło, pomyÅ›laÅ‚a. Tutaj, na górze, jeszcze cisza i spokój, ale tam, na dole one już siÄ™ przepychajÄ… pomiÄ™dzy kamykami, już siÄ™ przebijajÄ… swoimi maÅ‚ymi gÅ‚ówkami przez pokÅ‚ady ziemi, aby być w pogotowiu, aby nie przegapić tego momentu, kiedy wolno już im bÄ™dzie wyjrzeć na ten boży Å›wiat. Takie to maÅ‚e, a takie uparte, myÅ›laÅ‚a z podziwem, żadna przeszkoda tego nie powstrzyma.

Ale na przekór temu, co wÅ‚aÅ›nie pomyÅ›laÅ‚a gÅ‚owa Dziewczynki jej oczy zatrzymaÅ‚y siÄ™ w miejscu, gdzie duża, kamienna pÅ‚yta przykrywaÅ‚a ziemiÄ™. No cóż, z niÄ… sobie na pewno nie poradzÄ…, zgodziÅ‚a siÄ™ Dziewczynka. Nawet najtwardsza gÅ‚ówka roztrzaska siÄ™ o ten kamieÅ„. Kiedy rozejrzaÅ‚a siÄ™ wokóÅ‚ zobaczyÅ‚a jeszcze wiele takich pÅ‚yt, a przy każdej z nich krzyż. A wiÄ™c Drzewa zaprowadziÅ‚y jÄ… na cmentarz! Nic dziwnego, że nie wolno tu niczemu rosnąć, skoro to jest miejsce Å›mierci. Takie miejsce, w którym ludzie oddajÄ… ziemi ciaÅ‚a swoich zmarÅ‚ych.
Wyjaśniwszy to sobie ruszyła dalej. Kiedy szła, to się jej lepiej myślało, dlatego już po paru krokach doszła do wniosku, że niby oddają, a tak naprawdę, to wcale nie oddają!

Tylko się z ziemią drażnią, dając jej pożywny pokarm, a potem nie pozwalając, żeby coś z niego wyrosło.
Co za perfidia! A może to wcale nie zÅ‚oÅ›liwość, tylko zÅ‚ość? - pomyÅ›laÅ‚a po przejÅ›ciu nastÄ™pnych paru kroków. PrzykrywajÄ… ziemiÄ™ ciężkimi pÅ‚ytami, żeby jÄ… ukarać za to, że zabraÅ‚a im tych, których kochali. No tak, to by siÄ™ zgadzaÅ‚o, gdyby Dziewczynka nie przypomniaÅ‚a sobie tego, co nie raz i nie dwa sÅ‚yszaÅ‚a od mÄ…drych ludzi: „Bóg daÅ‚, Bóg wziÄ…Å‚”. A wiÄ™c jednak ziemia nie ma tu nic do gadania.

I tak nie rozumiejÄ…c i dziwiÄ…c siÄ™ ludzkiej przewrotnoÅ›ci szÅ‚a Dziewczynka MaÅ‚a, szÅ‚a aż doszÅ‚a do niedużego, szarego domku, który staÅ‚ w samym Å›rodku cmentarza. PrawdÄ™ mówiÄ…c, miaÅ‚a wielkÄ… ochotÄ™, aby go wyminąć i pójść dalej, ale nie chciaÅ‚a obrazić Drzew: skoro jÄ… tu przyprowadziÅ‚y, to widocznie miaÅ‚y po temu jakieÅ› powody.
Ciężkie drzwi otwieraÅ‚y siÄ™ powoli i niechÄ™tnie, w koÅ„cu jednak wpuÅ›ciÅ‚y DziewczynkÄ™ do Å›rodka. ByÅ‚ to najzimniejszy, najbardziej ponury Å›rodek, do jakiego udaÅ‚o jej siÄ™ kiedykolwiek wejść. W dodatku zupeÅ‚nie nieciekawy: nie byÅ‚o w nim nic oprócz takiego podwyższenia -Dziewczynka zapomniaÅ‚a jak siÄ™ ono nazywa - no takiego, na którym stawia siÄ™ trumnÄ™, żeby ludzie nie musieli siÄ™ za bardzo pochylać, kiedy przy niej stojÄ…. Przy tym podwyższeniu wÅ‚aÅ›nie - chociaż nie byÅ‚o tam żadnej trumny - klÄ™czaÅ‚a jakaÅ› postać w czarnej sukni. Nie poruszyÅ‚a siÄ™ wcale, kiedy skrzypnęły drzwi, nie odwróciÅ‚a siÄ™ nawet, żeby sprawdzić, kto zakÅ‚óca jej spokój. Widocznie nie byÅ‚a tego ciekawa.
Co dziwniejsze – Dziewczynka też nie byÅ‚a. NajchÄ™tniej zamknęła by te ciężkie drzwi
z drugiej strony. Skoro jednak nie mogła tego zrobić, nie pozostawało jej nic innego, jak tylko zadać swoje sakramentalne pytanie. Upłynęło jednak sporo czasu, zanim zdobyła się na odwagę.
– Kim jesteÅ›? – zapytaÅ‚a gÅ‚oÅ›no. Znacznie gÅ‚oÅ›niej niż to byÅ‚o konieczne.
Postać zaczęła powoli odwracać siÄ™, naprawdÄ™ trwaÅ‚o to okropnie dÅ‚ugo, tak, że Dziewczynka zdążyÅ‚a już porzÄ…dnie zmarznąć, zanim mogÅ‚a zobaczyć jej twarz. ByÅ‚a to twarz mÅ‚odziutkiej dziewczyny, ale... niezwykle, niewiarygodnie wprost stara, staroÅ›ciÄ… starszÄ… od wszystkiego, co mogÅ‚a sobie wyobrazić MaÅ‚a Dziewczynka. Twarz ta na nic już nie czekaÅ‚a, ani niczego siÄ™ nie spodziewaÅ‚a: na caÅ‚ym Å›wiecie nie byÅ‚o ani jednej rzeczy, która mogÅ‚aby jÄ… zadziwić, która mogÅ‚aby jÄ… zaskoczyć albo poruszyć. Ach, niczego takiego nie byÅ‚o i być nie mogÅ‚o – co do tego Dziewczynka nie miaÅ‚a żadnych wÄ…tpliwoÅ›ci. I to wÅ‚aÅ›nie byÅ‚o najgorsze.
– Kim jesteÅ›? – powtórzyÅ‚a niepewnie, gdyż baÅ‚a siÄ™ tego, co usÅ‚yszy.
– Kim jestem? – powtórzyÅ‚a Twarz beznamiÄ™tnie.

Kim innym mogłabym być,
 jeÅ›li nie wdowÄ…?
Nieszczęsną połową.
TÄ…, która zostaÅ‚a,
chociaż tak bardzo
zostać nie chciała?

 Dziwnie mówiÅ‚a ta Twarz, jakby zupeÅ‚nie nie poruszaÅ‚a ustami. Jej gÅ‚os wychodziÅ‚ nie wiadomo którÄ™dy – ni to mówiÅ‚, ni Å›piewaÅ‚ – taki wysoki i jakby zmarzniÄ™ty. Nic dziwnego, że zmarzniÄ™ty, pomyÅ›laÅ‚a Dziewczynka, nic dziwnego – w takiej kostnicy-zmarznicy każdy by zamarzÅ‚.  Ona sama, chociaż byÅ‚a tu od niedawna, miaÅ‚a już dwa lodowe koÅ‚ki zamiast nóg. Chyba by to nie byÅ‚o zbyt zdrowo, pomyÅ›laÅ‚a, gdybym tu zostaÅ‚a na dÅ‚użej.
Postanowiła, że wyjdzie stąd od razu, jak tylko dowie się, gdzie podziała się druga połowa.

– Gdzie druga, czy wiem?
Też rozpołowiona,
miedzy niebo i ziemiÄ™,
skrzętnie podzielona

– odpowiedziaÅ‚a Twarz bez chwili zastanowienia.

– A któż to potrafi tak podzielić? – zawoÅ‚aÅ‚a Dziewczynka przerażona tym, co
usłyszała.
– Åšmierć potrafi. Dla niej to najÅ‚atwiejsza rzecz na Å›wiecie.
– Nie wiedziaÅ‚am, że Åšmierć potrafi robić takie rzeczy. MyÅ›laÅ‚am, że ona ukÅ‚ada kogoÅ› do ziemi, a potem przykrywa ciężkÄ… kamiennÄ… pÅ‚ytÄ…, aby już nic tam nigdy nie wyrosÅ‚o.

– Kiedy Å›mierć zabraÅ‚a, to ziemi oddaÅ‚a – zaÅ›piewaÅ‚a Twarz piskliwie, a nieprzyjemny grymas wykrzywiaÅ‚ jÄ… za każdym razem, kiedy wymawiaÅ‚a sÅ‚owo „ziemia”.

– A ziemia nieczuÅ‚a,
sama go przytula,
zagarnia dla siebie,
bo już dusza w niebie,
bo już jest daleko,
nie dopłyniesz rzeką,
 nie dojdziesz piechotÄ…,
bo jesteÅ› tu oto 
gdzie ta ziemia podła,
 nieczuÅ‚a, niedobra
 ostatnie ma sÅ‚owo,
tak jak pierwsze miała,
 wzięła sobie wszystko,
 nic ci nie oddaÅ‚a.
  
Nie podobaÅ‚o siÄ™ Dziewczynce to Å›piewanie, nie lubiÅ‚a kiedy zrzucano na kogoÅ› całą winÄ™. ZresztÄ… ta Wdowa-PoÅ‚owa przeczyÅ‚a sama sobie: najpierw mówiÅ‚a, że ziemia podzieliÅ‚a siÄ™ z niebem po równo, a teraz już jest sama wszystkiemu winna.
– No i co z tego, że go przytula! – zaprotestowaÅ‚a buÅ„czucznie. –  Czy wolaÅ‚abyÅ›, żeby już nikt go nigdy nie przytulaÅ‚? Å»eby byÅ‚ caÅ‚kiem sam?
– Ja? Ja chciaÅ‚abym, żeby byÅ‚ caÅ‚kiem sam?! – zawoÅ‚aÅ‚a Wdowa z wielkim oburzeniem i zrobiÅ‚a krok w stronÄ™ Dziewczynki. – Czy dobrze usÅ‚yszaÅ‚am? Ja, która oddaÅ‚am mu wszystko co miaÅ‚am, wszystkie myÅ›li, wszystkie noce i wszystkie dni, i która chciaÅ‚am oddać mu caÅ‚e swoje życie, aż po jego kres?! Ja, która oddaÅ‚am mu całą swojÄ… miÅ‚ość, niczego nie skÄ…piÄ…c, niczego nie oszczÄ™dzajÄ…c, która byÅ‚am z nim kiedy żyÅ‚ i kiedy umieraÅ‚, kiedy byÅ‚ piÄ™kny i kiedy byÅ‚ odrażajÄ…cy, kiedy byÅ‚ mężczyznÄ… i kiedy byÅ‚ dzieckiem – to ja wÅ‚aÅ›nie wedÅ‚ug ciebie chciaÅ‚abym, żeby nikt go nie przytulaÅ‚?
Z każdym wypowiadanym słowem Wdowa posuwała się o krok do przodu,
a Dziewczynka cofała się, przerażona tym, co wywołała.
– Kto, jeÅ›li nie ja, powinien go przytulać? Odpowiedz mi, Panno Sprawiedliwa, odpowiedz, kto ma do tego prawo?
– Ty, oczywiÅ›cie, że Ty – wyksztusiÅ‚a z siebie zupeÅ‚nie skruszona Dziewczynka, która nigdy jeszcze nie sÅ‚yszaÅ‚a o tak wielkim poÅ›wiÄ™ceniu. –  Przecież to twój mąż. – kajaÅ‚a siÄ™ jak mogÅ‚a.
– Mąż? – zdziwiÅ‚a siÄ™ wdowa i przystanęła. I znieruchomiaÅ‚a po dawnemu:

– Ja męża nie miaÅ‚am.
            Jeszcze nie rozkwitÅ‚am,
               już siÄ™ zestarzaÅ‚am.
               Jeszcze nie zaczęłam,
   a już zakoÅ„czyÅ‚am.
   Jeszcze nic nie jadÅ‚am ,
   już miski umyÅ‚am.

–  Jak wiÄ™c możesz być wdowÄ…, skoro nigdy nie byÅ‚aÅ› żonÄ…? – wyrwaÅ‚o siÄ™ Dziewczynce, zanim pomyÅ›laÅ‚a, co robi.

– ByÅ‚am narzeczonÄ…,
   jemu przeznaczonÄ….
   Å»onÄ… - nie zdążyÅ‚am,
   bo już wdowÄ… byÅ‚am.

– A wiÄ™c ty jesteÅ› Narzeczona-Wdowa – szepnęła Dziewczynka z podziwem. Ale ona nie zwracaÅ‚a uwagi na jej szepty. Ona Å›piewaÅ‚a piosenkÄ™, swojÄ… wÅ‚asnÄ… piosenkÄ™, którÄ… znaÅ‚a tak dobrze, a której wciąż jeszcze nie wyczerpaÅ‚a:

– Po poczÄ…tku koniec,
   albowiem na Å›rodek
               miejsca nie starczyÅ‚o,
   ledwo siÄ™ zaczęło,
   a już siÄ™ skoÅ„czyÅ‚o.

– Ależ to siÄ™ nigdy nie koÅ„czy! – zawoÅ‚aÅ‚a Dziewczynka w przypÅ‚ywie wspóÅ‚czucia. Tak bardzo chciaÅ‚a pocieszyć NarzeczonÄ…-WdowÄ™, tak bardzo chciaÅ‚a jej pomóc. Bo to byÅ‚o takie niesprawiedliwe, takie okropnie niesprawiedliwe, że ona musiaÅ‚a tu siedzieć w tej ciemnicy-kostnicy, kiedy tam, na zewnÄ…trz byÅ‚ taki sÅ‚oneczny, taki piÄ™kny dzieÅ„ przedwiosenny. WiÄ™c zaczęła jej żarliwie opowiadać o sÅ‚oÅ„cu i zapachu Å›wieżej ziemi,
o ptakach, które niedÅ‚ugo przylecÄ… i o drzewach, które już czekajÄ….
Na Narzeczonej-Wdowie ta barwna opowieść nie zrobiÅ‚a najmniejszego wrażenia, dopiero – ku wielkiemu zaskoczeniu Dziewczynki – wzmianka o Drzewach poruszyÅ‚a jÄ… do żywego:
– A wiÄ™c one też mnie zdradziÅ‚y! – zawoÅ‚aÅ‚a z goryczÄ…. – A tak przyrzekaÅ‚y, że nigdy już nie rozkwitnÄ…, że zawsze już pÅ‚akać nade mnÄ… bÄ™dÄ…. A teraz wyciÄ…gajÄ… rÄ™ce do ptaków, te same zdradliwe rÄ™ce, które zaÅ‚amywaÅ‚y nad moim miÅ‚ym. 
Była tak oburzona, że aż musiała wstać.
– Ach, wiem, zdrajcy, wiem, wyciÄ…gacie je do góry, do sÅ‚oÅ„ca, bo chciaÅ‚ybyÅ›cie nieba dosiÄ™gnąć! Ale wam siÄ™ nie uda, tak jak i mnie siÄ™ nie udaÅ‚o, bo was ziemia nie puÅ›ci. Bo was ziemia trzyma i trzymać bÄ™dzie tak dÅ‚ugo, aż wam rÄ™ce opadnÄ… ze zmÄ™czenia, aż wam odpadnÄ… zupeÅ‚nie i wtedy ona siÄ™ nimi pożywi, wtedy wessie w siebie ta ziemia nienasycona. JakbyÅ›cie bardzo nie wyciÄ…gaÅ‚y siÄ™ do góry, to i tak w koÅ„cu bÄ™dziecie musiaÅ‚y opaść w dóÅ‚, a ona bÄ™dzie waszym grobem – ta sama która byÅ‚a waszÄ… koÅ‚yskÄ…. Od niej wszystko siÄ™ zaczyna i do niej powraca:

– Ta sama zabiÅ‚a,
   która urodziÅ‚a.
   Å»adna inna kosa
   niepotrzebna byÅ‚a

– zaÅ›piewaÅ‚a w natchnieniu, z jakÄ…Å› ponurÄ… satysfakcjÄ….

– Ha, a wiÄ™c sama widzisz, jak to jest! – zwróciÅ‚a siÄ™ nagle do Dziewczynki. – Sama widzisz: tylko rodzenie i zabijanie, tylko o to jej chodzi, tylko to potrafi! Jak możesz nawet porównywać jÄ… z niebem – zapytaÅ‚a gniewnie, chociaż Dziewczynce nie przyszÅ‚o nawet do gÅ‚owy, aby porównywać.
– Z niebem, które jest poza życiem i poza Å›mierciÄ…. Poza bólem narodzin i poza bólem umierania. Poza poczÄ…tkiem i poza koÅ„cem. I – co najważniejsze – poza idiotycznym, niczemu nie sÅ‚użącym i do niczego niepodobnym Å›rodkiem!
– A wiÄ™c nie ma tam ani poczÄ…tku, ani Å›rodka, ani koÅ„ca? – dopytywaÅ‚a siÄ™ Dziewczynka, która poczuÅ‚a siÄ™ zupeÅ‚nie ogoÅ‚ocona po tym, co usÅ‚yszaÅ‚a.
– Niebo, to nie szkolne wypracowanie, moja maÅ‚a, gÅ‚upiutka dziewczynko. Nie potrzebuje ani wstÄ™pu, ani rozwiniÄ™cia, ani tym bardziej zakoÅ„czenia.
Dziewczynka nie potrafiÅ‚a sobie jakoÅ› tego wyobrazić, chociaż byÅ‚a dziewczynkÄ…, której wszystko można byÅ‚o zarzucić, tylko nie brak wyobraźni.
– No to co tam jest w tym niebie, skoro jest poza wszystkim? – pytaÅ‚a zdesperowana.                                                
Jednak, z niewiadomych powodów to niewinne pytanie okropnie WdowÄ™ zdenerwowaÅ‚o.
– Och, co tam jest? SkÄ…d mogÄ™ wiedzieć, co? – odburknęła. – Tam jest wieczna szczęśliwość. A tu? Wieczna udrÄ™ka. Nie zaprzeczysz chyba, że jest to pewna drobna różnica.
OczywiÅ›cie Dziewczynka nie zaprzeczyÅ‚a. No bo niby i jak mogÅ‚a zaprzeczyć, albo potwierdzić, skoro straciÅ‚a nagle wszystkie punkty odniesienia. Nie czuÅ‚a siÄ™ wygodnie: ziemia usunęła jej siÄ™ spod nóg, a niebo wcale przez to nie przybliżyÅ‚o. Prawie zazdroÅ›ciÅ‚a Narzeczonej-Wdowie, która przynajmniej znaÅ‚a wÅ‚aÅ›ciwy kierunek.
– A wiÄ™c dlaczego też tam nie pójdziesz? – zapytaÅ‚a.
– Gdzie nie pójdÄ™? – nie rozumiaÅ‚a Wdowa.
– No, do nieba, skoro na ziemiÄ™ tak wyrzekasz, skoro jej siÄ™ caÅ‚kiem wyrzekasz, to dlaczego jej nie zostawisz i nie pójdziesz sobie do nieba?
Kiedy słowa te dotarły do Narzeczonej-Wdowy jej twarz skurczyła się nagle, poszarzała i postarzała jeszcze bardziej.
– Masz racjÄ™, nie pójdÄ™ do Nieba. – zgodziÅ‚a siÄ™ potulnie. – Nie pójdÄ™, bo moja miÅ‚ość tam nie siÄ™ga. Czy wiesz, że nawet nie pamiÄ™tam już, jak On wyglÄ…daÅ‚ – poskarżyÅ‚a siÄ™ niczym maÅ‚a dziewczynka. – Za dużo obrazów pod moimi powiekami... ach, czemuż lgnÄ™ do nich pozwalajÄ…c, aby mi go przesÅ‚oniÅ‚y! Gdybym kochaÅ‚a prawdziwÄ…, nie znajÄ…cÄ… granic miÅ‚oÅ›ciÄ… – wykÅ‚uÅ‚abym te oczy, aby już niczym innym nie mogÅ‚y siÄ™ zachwycić. ZatkaÅ‚abym uszy, aby nie sÅ‚yszaÅ‚y sÅ‚ów żadnych innych oprócz tych, które wychodziÅ‚y z jego ust. Odcięłabym sobie rÄ™ce, aby już nikogo nie obejmowaÅ‚y, skoro Jego objąć nie mogÄ…. Ach, gdybym znaÅ‚a miÅ‚ość prawdziwÄ…, nie mówiÅ‚abym do ciebie, skoro do Niego mówić nie jestem w stanie. Ach, nie jestem! Nie jestem wiernÄ… kochankÄ…!

– Ale dlaczego, dlaczego nie możesz niÄ… być? – zawoÅ‚aÅ‚a Dziewczynka ze Å‚zami
w oczach.
– Bo tu nie może być prawdziwej miÅ‚oÅ›ci – tej, która nie zna granic. – Ledwo wyciÄ…gniesz rÄ™kÄ™, a tam już Å›ciana.
Dziewczynka machinalnie wyciągnęła rękę, żeby sprawdzić: rzeczywiście, była niedaleko, tak szara i tak banalna, jak to tylko ściana być potrafi.
– Sama widzisz, że tutaj wszystko jest stÄ…d-dotÄ…d.
Dziewczynka widziała.
– StÄ…d-dotÄ…d, nigdy dalej! Nigdy szerzej, nigdy głębiej! No bo niby i jak miaÅ‚oby przeskoczyć swoje granice, skoro jest takie przy-ziemne – zakoÅ„czyÅ‚a Wdowa ze wstrÄ™tem.
A jednak nie, jeszcze nie skończyła. Coś w niej tam jeszcze wypychało słowa, wyrzucało je bezładnie na powierzchnię.
– Ale ty sobie nie myÅ›l, że ja siÄ™ kiedykolwiek z tym pogodzÄ™! O nie, o tym nawet nie ma mowy – zapewniÅ‚a rozglÄ…dajÄ…c siÄ™ wokóÅ‚, jak gdyby szukaÅ‚a wzrokiem szpiegów ukrytych
w kÄ…tach kostnicy.
– Musisz wiedzieć – zniżyÅ‚a gÅ‚os do szeptu. – Musisz wiedzieć, że znalazÅ‚am na niÄ… sposób. Chociaż tak to wszystko sprytnie urzÄ…dziÅ‚a, żeby byÅ‚o takie byle jakie, żeby koÅ„czyÅ‚o siÄ™, ledwie siÄ™ zaczęło, żeby nie trwaÅ‚o dÅ‚użej niż chwila, to jednak znalazÅ‚am sposób, aby jÄ… przechytrzyć. Dlatego wÅ‚aÅ›nie siÄ™ tu zamknęłam, dlatego siÄ™ ukryÅ‚am, aby mnie nie wypatrzyÅ‚a, aby mnie nie uleczyÅ‚a swoimi czarami przyziemnymi z mojego bólu bezbrzeżnego. WidzÄ™, że siÄ™ dziwisz, że jeszcze nie rozumiesz. Tak, to on jeden nie bÄ™dzie miaÅ‚ kresu, nie bÄ™dzie miaÅ‚ koÅ„ca w tym Å›wiecie, w którym wszystko przemija, on jeden, mój ból. BÄ™dÄ™ go sobÄ… karmiÅ‚a, swojÄ… rozpaczÄ… żywiÅ‚a, dlatego nie umrze, zanim ja nie umrÄ™. To on wÅ‚aÅ›nie otworzy mi drogÄ™ do Nieba, on jeden – czysty i nieskalany. 
Dziewczynka nic na to nie odrzekła, albowiem nie mogła nawet poruszyć ustami, tak już zesztywniały, tak bardzo skostniały od zimna. Nie mogła poruszyć ani ręką, ani nogą, albowiem kostnicowe zimno rozpełzło się po całym ciele wymrażając powoli, lecz skutecznie całe ciepło, na jakie napotykało. Tak więc Dziewczynka stała nieporuszona wpatrując się
w pochylone plecy Narzeczonej-Wdowy, która na powrót skryÅ‚a twarz w ramionach. I staÅ‚a tak bardzo, bardzo dÅ‚ugo. I zostaÅ‚aby tam już na zawsze Dziewczynka MaÅ‚a, gdyby nie przyszÅ‚o jej nagle do gÅ‚owy, że nikt oprócz niej nie wie o istnieniu Narzeczonej-Wdowy.
A skoro nie wie, to nie przyjdzie tu z niczym ciepÅ‚ym, aby jÄ… ogrzać. A jak nikt jej nie ogrzeje, to niedÅ‚ugo zlodowacieje ona już do koÅ„ca, albowiem kostnicowe zimno nie oszczÄ™dza nikogo, a tym bardziej wdów. Nie ma rady, muszÄ™ jakoÅ› siÄ™ rozruszać, żeby zawiadomić KrólowÄ…, póki jeszcze nie jest za późno.
I jak pomyÅ›laÅ‚a, tak też zrobiÅ‚a, bo przecież nie miaÅ‚a innego wyjÅ›cia. Nie zajęło jej to wiele czasu, gdyż znaÅ‚a sekretne przejÅ›cie. Tajemne przejÅ›cie – tylko jej wiadome, z którego mogÅ‚a skorzystać, kiedy tylko tego potrzebowaÅ‚a. A teraz wÅ‚aÅ›nie potrzebowaÅ‚a, jak jeszcze nigdy dotÄ…d, bo nie miaÅ‚a czasu do stracenia. Czyż mogÅ‚a sobie pozwolić na opieszaÅ‚ość, kiedy tam Narzeczona-Wdowa w każdej chwili mogÅ‚a zamienić siÄ™ w kostkÄ™ lodu? OczywiÅ›cie, że nie mogÅ‚a, wiÄ™c nie pozwoliÅ‚a. I nie upÅ‚ynęło czasu wiele – nawet tyle, ile potrzeba na zaÅ‚amanie rÄ…k – a ona już byÅ‚a w ogrodzie Królowej.
Dlaczego nie w paÅ‚acu? Przecież tam wÅ‚aÅ›nie powinna siedzieć każda Królowa:
w zÅ‚otej koronie na wysokim tronie. Przynajmniej tak by wypadaÅ‚o. Ale Królowa naszej Dziewczynki nigdy nie zamykaÅ‚a siÄ™ w paÅ‚acu, nie byÅ‚o też siÅ‚y zdolnej zmusić jÄ… do nudzenia siÄ™ na wysokim tronie. Po prostu uważaÅ‚a, że nie od tego jest siÄ™ KrólowÄ…, aby zadawać sobie tortury. Korony nie wyjmowaÅ‚a wcale ze skarbca, w którym jÄ… zamknęła, a potem zgubiÅ‚a klucz, aby mieć pewność, że nigdy już nie bÄ™dzie jej zawracaÅ‚a gÅ‚owy. Dlatego wÅ‚aÅ›nie Dziewczynka szukaÅ‚a jej w ogrodzie, w którym Królowa spÄ™dzaÅ‚a caÅ‚e dnie.
Dziwny to byÅ‚ ogród. Dziewczynce nigdy nie udaÅ‚o siÄ™ stwierdzić, gdzie on siÄ™ koÅ„czy, a gdzie zaczyna: z której by strony nie nadeszÅ‚a, z tej wÅ‚aÅ›nie siÄ™ ku niej otwieraÅ‚ i wpuszczaÅ‚ do Å›rodka. Åšrodek byÅ‚ tam, gdzie tryskaÅ‚a Fontanna – jeÅ›li siÄ™ o tym wiedziaÅ‚o, to już bardzo Å‚atwo można byÅ‚o odnaleźć KrólowÄ…, nazywanÄ… też przez DziewczynkÄ™ TaÅ„czÄ…cÄ… KrólowÄ… albo KrólowÄ… Purpurowej Sukni.
Już z daleka widać byÅ‚o czerwonÄ… plamkÄ™ wirujÄ…cÄ… wokóÅ‚ Fontanny. Tak piÄ™knie, tak mocno, tak intensywnie czerwonÄ…, że nie mogÅ‚y jej przesÅ‚onić nawet kwiaty bujnie pleniÄ…ce siÄ™ wokóÅ‚. Jakie to dziwne, pomyÅ›laÅ‚a Dziewczynka. Jeszcze na dobre nie skoÅ„czyÅ‚a siÄ™ zima,
a tu już kwitnÄ… kwiaty. I wtedy uprzytomniÅ‚a sobie, że one tu przecież zawsze kwitnÄ…, niezależnie od pory roku. Å»e też wczeÅ›niej tego nie zauważyÅ‚am, dziwiÅ‚a siÄ™ sobie samej. Jak Królowa to robi, że ziemia nigdy tu nie zamarza?
Ale oto i ona sama nadchodzi już szeleszczÄ…c purpurÄ… i zÅ‚otem. Ależ tak! To przecież suknia Królowej, olÅ›niÅ‚o jÄ… nagle. To z niej ten ogieÅ„, ten żar, to z niej caÅ‚e ciepÅ‚o, które ogrzewa ziemiÄ™!
Królowa nie posiadaÅ‚a siÄ™ z radoÅ›ci, że znowu widzi DziewczynkÄ™. Tak dawno jej tu nie byÅ‚o. Ale Dziewczynka nie miaÅ‚a czasu na żadne czuÅ‚oÅ›ci.
– PotrzebujÄ™ nieco czerwieni z Twojej sukni, aby ogrzać NarzeczonÄ…-WdowÄ™ – od razu przystÄ…piÅ‚a do rzeczy.
– A wiÄ™c ona ciÄ…gle jeszcze siedzi w kostnicy? – zdziwiÅ‚a siÄ™ Królowa.
– A wiÄ™c ty już jÄ… znasz? – jeszcze bardziej zdziwiÅ‚a siÄ™ Dziewczynka, która nagle,
z niewiadomych powodów poczuÅ‚a siÄ™ okropnie rozczarowana.
– Cóż by to byÅ‚a ze mnie za królowa, gdybym nie znaÅ‚a mojego królestwa! A wiec mówisz, że ona nie wypÅ‚akaÅ‚a jeszcze wszystkich Å‚ez.
– Daleko jej jeszcze do koÅ„ca – zapewniÅ‚a Dziewczynka, – a mróz tam coraz wiÄ™kszy, zimno tak okropne, iż bojÄ™ siÄ™, żeby nie zamarzÅ‚a, zanim do tego koÅ„ca dojdzie.
– Dlaczego w takim razie nie oddaÅ‚aÅ› jej swojej wÅ‚asnej, czerwonej sukieneczki? – zapytaÅ‚a Królowa.
– Czerwonej sukieneczki? – nie rozumiaÅ‚a Dziewczynka. ByÅ‚a Å›wiÄ™cie przekonana, że jej sukienka jest żóÅ‚ta, tak żóÅ‚ta, jak sÅ‚onecznik.
Ale Królowa nie kÅ‚amaÅ‚a. Kiedy Dziewczynka przyjrzaÅ‚a siÄ™ sobie dokÅ‚adnie, musiaÅ‚a przyznać jej racjÄ™: to byÅ‚a najczerwieÅ„sza czerwieÅ„, jakÄ… tylko można sobie wyobrazić.
– Jak to siÄ™ staÅ‚o, że nie zauważyÅ‚am? – zawstydziÅ‚a siÄ™ okropnie. PopatrzyÅ‚a pytajÄ…cym wzrokiem na KrólowÄ…, ale ona – jak to ona – nie miaÅ‚a najmniejszego zamiaru jej niczego wyjaÅ›niać. Nie wyglÄ…daÅ‚a też wcale na zmartwionÄ….
– Przynajmniej nikt nie może posÄ…dzić ciÄ™ o próżność – rzekÅ‚a z uÅ›miechem.
Ale Dziewczynka, zamiast pocieszyć siÄ™ tymi sÅ‚owy, jeszcze bardziej siÄ™ speszyÅ‚a. No bo niby i jak miaÅ‚a by ubrać w swojÄ… małą sukienkÄ™ takÄ… caÅ‚kiem dorosłą paniÄ…, która byÅ‚a
o wiele, o wiele za duża, żeby się w nią zmieścić.
– OczywiÅ›cie, że jest za duża – zgodziÅ‚a siÄ™ Królowa. – Ale nie martw siÄ™, przyjdzie czas, że zmaleje. Z każdÄ… wypÅ‚akanÄ… Å‚zÄ… robi siÄ™ odrobinÄ™ mniejsza, o tyle wÅ‚aÅ›nie, ile miejsca potrzebowaÅ‚a, aby jÄ… w sobie pomieÅ›cić. Kiedy wypÅ‚acze wszystkie Å‚zy, jakie jej pozostaÅ‚y, wtedy bÄ™dzie już tak maÅ‚a, że bez trudu zmieÅ›ci siÄ™ w twojej sukieneczce.
Dziewczynka sÅ‚uchaÅ‚a Królowej z buziÄ… szeroko otwartÄ… ze zdziwienia. Nawet przez chwilÄ™ nie wÄ…tpiÅ‚a w jej sÅ‚owa, ale nie mogÅ‚y siÄ™ one jakoÅ› pomieÅ›cić w jej maÅ‚ej, do reszty już skoÅ‚atanej gÅ‚ówce. WiÄ™c jak to jest, myÅ›laÅ‚a, że najpierw trzeba tak dÅ‚ugo rosnąć i rosnąć,
i tak się starać i trudzić, żeby potem znowu trzeba było maleć i maleć, aż się całkiem zmaleje?
– Zmaleje, zmaleje – jak echo powtórzyÅ‚a Fontanna.
– Co tam ona Å›piewa po swojemu? – zastanowiÅ‚a siÄ™ Dziewczynka i nadstawiÅ‚a ucha.
– Zmaleje, zmaleje – zapewniaÅ‚a Fontanna niestrudzenie.
– To już sÅ‚yszaÅ‚am – niecierpliwiÅ‚a siÄ™ Dziewczynka. – Ale co dalej?
– Zmaleje, zmaleje – nie zniechÄ™caÅ‚a siÄ™ Fontanna.


– Co tanie – zdrożeje,
co nieme – zaÅ›piewa,
powróci do drzewa, 
do soku, do liści,
korzeniem uiści
zapłatę potrzebną
by mogła być biedną,
golutkÄ…, malutkÄ… 
dziewczynką głupiutką.
  

   Zmaleje, zmaleje,
   gdy tanie zdrożeje,
   gdy gÅ‚uche – odgÅ‚uchnie,
   pÅ‚omieniem wybuchnie,
   parzÄ…cym, gorÄ…cym,
   ból caÅ‚y trawiÄ…cym,
   bo w lodzie on mieszka,
   jak w mieszku orzeszka,
   czerwony, nie biaÅ‚y,
   okryje ciÄ™ całą,
   sukienkÄ… cieplutkÄ…
   dziewczynki malutkiej.

W drodze powrotnej MaÅ‚a Dziewczynka nie skorzystaÅ‚a z tajemnego przejÅ›cia. WracaÅ‚a zwyczajnÄ… drogÄ…, bo przecież nie musiaÅ‚a już siÄ™ spieszyć. WracaÅ‚a górami i dolinami, wracaÅ‚a polami i łąkami, przez ciemny las i modrÄ… rzekÄ™. MiaÅ‚a czas.
Gdyby przyszÅ‚a za szybko, musiaÅ‚aby stać nad niÄ…, jak kat nad dobrÄ… duszÄ…. I po cóż miaÅ‚aby tak stać, skoro wiedziaÅ‚a, że Å‚ez nie da siÄ™ poganiać, bo pÅ‚ynÄ… powoli? Wolno, wolniusieÅ„ko, żeby można je byÅ‚o poczuć. Wolno, wolniusieÅ„ko, żeby można byÅ‚o spróbować, jak smakujÄ…: gorzko i sÅ‚ono, jak Å‚zy wÅ‚aÅ›nie smakować powinny. Nie spieszyÅ‚a siÄ™, bo wiedziaÅ‚a, że od tej goryczy robiÄ… siÄ™ one okropnie ciężkie, tak ciężkie, jak wÅ‚aÅ›nie potrzeba. A przecież – im cięższe one byÅ‚y, tym lżejsza robiÅ‚a siÄ™ Narzeczona-Wdowa. Im wolniej one pÅ‚ynęły, tym szybciej ona malaÅ‚a.
Dlatego Dziewczynka szÅ‚a górami i dolinami, szÅ‚a polami i łąkami, przez ciemny las
i modrÄ… rzekÄ™. Nie spieszÄ…c siÄ™, szÅ‚a pomalutku, aby przyjść na czas.  

 

 


Quote this article on your site

Comments (1)
1. 04-02-2009 13:05
bardzo miłe zaskoczenie
Aniju - to Å›wietna bajka! PiÄ™kna!  
Wyznam nawet, że jestem zaskoczona, jak piekna!  
Mam nadzieje, że książka się pisze :-)
Written by Małgosia (Guest)
Write Comment
Name:
Title:
Comment:

Code:* Code
Send